O mnie O mnie

Chcąc przybliżyć swoją osobę pozwolicie drodzy internauci, że posłużę się fragmentami ROZMOWY jaką przeprowadziła ze mną Pani L. Maksymowicz na łamach naszego biuletynu "Mukowiscydoza" w 2010 roku.

Przebieg rozmowy.
L.M. W naszej społeczności o ludziach w Twoim wieku mówi się "Dinozaury", czy to Cię denerwuje, czy cieszy czy nie ma znaczenia? A właściwie to, ile masz lat?
Łukasz: Ciekawe określenie. W dużym stopniu to dla mnie szczęście, że mogę należeć do tej grupy, ale każdego dnia trzeba na to ciężko pracować. Chciałbym, aby jak najwięcej z nas mogło być "Dinozaurami". Mój rocznik: 1974.

LM. Łukasz znamy się już troszeczkę. Pamiętam, jak mówiłeś kiedyś, że nie da się mówić czy opisać cierpienia, które towarzyszy chorobie, pewnych pytań więc nie zadam. Nie dlatego, że unikam trudnych pytań, ale dlatego, że mnie czasami też brakuje słów, by wyrazić co człowiek czuje. Chciałabym jednak jakoś Cię przedstawić, bo z pewnością znają Ciebie tylko Ci z naszych Czytelników, którzy leczą się w Warszawie na ul. Płockiej. Czy jesteś jedną z tych osób, u których chorobę zdiagnozowano bardzo późno? Kiedy właściwie?
Łukasz: Zgadza się, że mówienie i opisywanie cierpienia jest trudne, ponieważ jest to osobista sprawa każdego z nas. Cierpienie staram się przyjmować z pokorą, ale czasami nie jest to łatwe. Od zawsze pomaga mi modlitwa. Daje siłę. Rzeczywiście jestem taką osobą, u której chorobę zdiagnozowano późno - w wieku 22 lat w IGiCHP w Warszawie. Byłem wtedy na trzecim roku studiów. W jednym momencie świat się zmienił - wartościowanie, postrzeganie go, choć przyznam szczerze, że na początku do końca nie zdawałem sobie sprawy z tego, czym jest ta choroba. Chcę w tym miejscu wspomnieć o doktorze W. Skorupie, który jako pierwszy rozmawiał ze mną o tej chorobie. Dziś wiem, że zrobił to profesjonalnie, za co mu dziękuję. Fragmenty rozmowy pamiętam do dziś.

LM: Czy to znaczy, że do tego czasu nie miałeś objawów, czy raczej zabrakło kompetentnych lekarzy?
Łukasz: Już w dzieciństwie miałem objawy tej choroby: częste, bolesne bóle brzucha, problem z nabraniem masy ciała. Kiedy miałem kilkanaście lat zaczęły się dodatkowo pojawiać problemy z płucami. Co do lekarzy, to uważam, że w moim mieście stan ich wiedzy o tej chorobie nie był wystarczająco duży. Po trudnej i długiej drodze poszukiwań trafiłem wreszcie w moim mieście do lekarza, który skierował mnie do Warszawy. Dzięki niemu zostałem tam później zdiagnozowany. Dziś mogę powiedzieć, że ta niewiedza była dla mnie w pewnym sensie dobra, choć od razu muszę zaznaczyć, że każdy z nas jest inny (inaczej choruje), reaguje na określone sytuacje w życiu – to tylko moje osobiste odczucie.

Łukasz Głowacki na jesiennym spacerze Na spacerze jesiennym w 2006 roku

LM: Przepraszam, ale nie zrozumiałam. Niewiedza była w pewnym sensie dobra? Przecież im szybsza diagnoza, tym lepiej dla procesu leczenia?
Łukasz: W moim konkretnie przypadku niewiedza była dobra, bo przebieg choroby był u mnie na tyle łagodny, że do momentu właściwej diagnozy, żyłem prawie, jak każdy - w miarę zdrowy człowiek. Diagnoza – z jednej strony - pozwala podjąć właściwe leczenie, ale jednocześnie przygniata nas swoim ciężarem, nie jest bez znaczenia dla psychiki i to w sensie negatywnym. Pisała o tym także w swoim Pamiętniku Dagmara.

LM: Mimo problemów zdrowotnych udało Ci się zdobyć wykształcenie, ale z pracą było już chyba gorzej? Rozumiem, że masz rentę socjalną, ale na co to wystarcza?
Łukasz: Tak. Ukończyłem studia inżynierskie. Po ich ukończeniu pracowałem w sklepie komputerowym, będąc serwisantem i sprzedawcą sprzętu komputerowego. Pozwoliło to w pewnym stopniu pogłębić moją wiedzę nt. komputerów. Gdy stan zdrowia uległ pogorszeniu, musiałem zrezygnować z pracy. Obecnie mam rentę socjalną, którą trudno mi było uzyskać. Mieszkam z rodzicami i dlatego daje się z niej jakoś żyć. W rodzicach mam oparcie, pomoc i zawsze mogę na nich liczyć. To bardzo ważne dla mnie.

LM: Jesteś dla mnie przykładem „tytana pracy” jeśli chodzi o sumienność w zakresie drenażu, ćwiczeń czy inhalacji, ale choroba i tak „daje w kość”. Co w tym wszystkim – w codziennym życiu – jest najtrudniejsze?
Łukasz: Staram się dbać, by wszystko o czym Pani wspomniała robić dobrze, dokładnie i co najważniejsze codziennie. Od zawsze obowiązki te traktowałem i traktuję jak moją „pracę”, lecz nie jest to łatwe. Bez względu na to, czy czuję się nieco gorzej, czy w miarę dobrze - staram się każdego dnia „tak samo” dbać o zdrowie. Stosuję różne formy aktywności fizycznej - oczywiście na miarę możliwości każdego z nas, ale przed wszystkim bardzo ważny jest dla mnie drenaż. To według mnie „przepustka” do dłuższego życia z tą chorobą. Jeśli chodzi o odpowiedź na ostatnią część zadanego pytania, to jednoznacznej odpowiedzi nie mam. Samo życie z mukowiscydozą jest trudne. Bardzo trudnym dla mnie był 2007 rok, kiedy aż kilka razy miałem odmę prawego płuca. Konieczna była operacja ratująca mi życie. Od tamtej pory, stan zdrowia znacznie się pogorszył. Uważam, że każdy z nas ma swoją „łatwiejszą” i „trudniejszą” codzienność. Ważne jest wtedy wsparcie najbliższych i siła wewnętrzna każdego z nas.

LM: Już w czasach starożytnych zwracano uwagę, że na dobre samopoczucie człowieka – zwłaszcza chorego – pozytywny wpływ ma praca, czyli możliwość zajęcia się czymś, co sprawia przyjemność i satysfakcję. Wiem, że przez jakiś czas Twoją pasją był komputer, ale co dokładnie?
Łukasz: To bardzo ważne stwierdzenie. Zgadzam się z nim w pełni. Zajęcie się czymś, taka czy inna praca pozwala zapomnieć, choćby nawet na krótki czas – o tym, co nam doskwiera, przeszkadza. Ma ona wartość samą w sobie, niejako terapeutyczną. Odpowiadając na pytanie, muszę powiedzieć, że już od szkoły średniej interesowałem się komputerami. Ich działaniem, składaniem, serwisowaniem, poznawaniem oprogramowania, grafiki, tworzeniem stron www. To wszystko skutecznie zajmowało mi czas. Do dziś zajmuję się komputerami, lecz w dużo mniejszym stopniu. Obecnie dużą część czasu poświęcam mojemu dawnemu hobby – modelarstwu kartonowemu.

LM: A kiedy narodził się pomysł, by sklejać modele? Pamiętasz swoje pierwsze dzieło? Ile czasu – orientacyjnie oczywiście - potrzeba, aby skleić np. taki czołg?
Łukasz: Pomysł narodził się bardzo dawno. Jeszcze w szkole średniej odkryłem w sobie to hobby. Modelarstwem kartonowym „zarazili” mnie wujkowie, którzy kiedyś obaj kleili modele z kartonu. To od nich miałem pierwsze modele, uczyłem się techniki modelarskiej i podziwiałem ich dzieła. W tamtym okresie skleiłem wiele modeli, ale do dnia dzisiejszego żaden z nich się nie zachował – czego żałuję. Przyszedł taki czas, że porzuciłem to hobby na rzecz komputerów, by ponownie do niego powrócić w 2008 roku – jak widać - po kilkunastoletniej przerwie. To był moment „przełomowy” w moim życiu, pewne wydarzenie, o którym trudno jest mówić. Pojawiło się spontanicznie i trwa do dziś. Pierwszego sklejonego modelu nie pamiętam. Dziś mam w kolekcji kilkanaście modeli wykonanych od 2008 roku. Co do czołgu, to sklejenie go zajęło mi dużo czasu, ze względu na stopień jego trudności i ilość części do wykonania.

Niemiecki czołg ciężki PzKpwf VI Tiger Niemiecki czołg ciężki PzKpfw VI Tiger

LM: Dla mnie byłoby to zadanie nie do wykonania. Sklejanie modeli wymaga cierpliwości, koncentracji, precyzji w działaniu. Nie wiem, czego jeszcze. Ale to nie jest chyba hobby dla wszystkich? Dlaczego więc tak trudne wyzwanie, co Ci to daje?
Łukasz: Przyznam, że klejenie modeli kartonowych wymaga przede wszystkim cierpliwości, ale też dokładności, czasu, narzędzi, określonych zdolności i oczywiście chęci. Modelarstwo nie jest zajęciem dla wszystkich – to fakt. Trzeba to lubić robić. Są modele o różnym stopniu trudności (trudniejsze i te łatwiejsze do wykonania), które z powodzeniem i odrobiną chęci mogą sklejać początkujący, chcący spróbować tego hobby. Klejenie wypełnia mój wolny czas i pozwala zapominać o trudnej codzienności. Sprawia satysfakcję podczas klejenia i z efektu końcowego. Wspomnę jeszcze, że zdjęcia sklejonych modeli umieszczam na stronach internetowych o tematyce modelarskiej m.in. (www.kartonowki.pl, www.konradus.com - gdzie wymieniamy się uwagami, spostrzeżeniami, doradzamy, komentujemy, oceniamy) oraz mojej - www.syriusz.tkdami.net. Uważam to za naprawdę ciekawe zajęcie, a dodatkowym atutem jest duża dostępność modeli.

Praca nad modelem Tiger VI Praca nad modelem PzKpfw VI Tiger

LM: Czy zdarzyło Ci się, że z jakimś modelem sobie nie poradziłeś? A może jest jakiś, do którego się przymierzasz?
Łukasz: Nie. Wszystkie modele, które rozpocząłem kleić - skończyłem. Przymierzam się do sklejenia Willys Jeepa - amerykańskiego samochodu osobowo – terenowego z II wojny światowej. (Model skleiłem - aktualizacja 2012 rok).

LM: No to trzymam kciuki, dziękuję za rozmowę, a zainteresowanych odsyłam do podanych stron. Mam nadzieję, że wśród naszych Czytelników znajdą się osoby, które odkryją nową pasję, a może modelarstwo stanie się inspiracją do czegoś zupełnie innego…
Łukasz: Ja również dziękuję i też mam taką nadzieję.


wstecz
Podaruj 1% podatku. Łukasz Głowacki - syriusz.tkdami.net